Kwiecień to miesiąc dość szczególny. Obfitujący w mniejsze i większe święta i rocznice (krajowe i zagraniczne). To miesiąc, w którym spodziewać się można (przynajmniej u nas) niemal wszystkiego: mrozów (w tym roku były przymrozki), śniegu (był na Wielkanoc), ale też upałów (choćby teraz, gdy siedzę w nagrzanym samochodzie i czekam na wymianę opon na letnie).
Ale zacznijmy od początku…
Zaczęło się od Niedzieli Palmowej, która wypadła akurat 1 kwietnia. Kawału jednak nikt mi nie zrobił (specjalnie nie marzyłam o tym). Wiadomości też nie słuchałam, a jedyne, co przeczytałam, co mogło być primaaprilisowe to notatka o tym, że w Tallinie mają być wszystkie środki komunikacji bezpłatne, ale tylko dla mieszkańców. Do końca nie wiem czy to prima aprilis czy też nie...
Dla mnie 1 kwietnia to inna rocznica - całkiem prywatna. Rocznica mojej operacji, a zarazem mojego pierwszego (jak na razie jedynego) pobytu w szpitalu. Nie ukrywam, że się bałam, ale właściwie tylko jednego: usypiania. Bałam się, że się nie obudzę. Przed operacją zbadałam stan serca i okazało się, że przeciwskazań nie było, więc trochę mnie to pocieszyło, ale tylko trochę. Zwierzyłam się ze swoich obaw pani anestezjolog i powiedziała, że w takim razie nie będzie usypiania, tylko znieczulenie zewnątrzoponowe. Co za ulga! W każdym razie: operacja była 1 kwietnia i dlatego datę pamiętam tak dobrze. Pamiętam też, że wieczorem, ciągle będąc słaba wysyłałam maile (przez telefon komórkowy) do znajomych, pisząc, że wszystko OK, ale czuję się słabo (tak jakby było w tym coś dziwnego).
Wróćmy jednak do roku bieżącego. Wstałam jak zwykle późno i spóźniłam się na święcenie palm. Trzeba więc było iść jeszcze raz na mszę, tym razem tylko na początek. Poszłam więc po mszy na obiad do "Chimery". Można tam też korzystać z sieci bezprzewodowej. Porozmawiałam więc z koleżanką, która skrytykowała mnie za jedzenie zestawu sałatkowego zamiast obiadu z zupą. Faktycznie, ona je obiady z zupą i jest szczupła, ja zupy jem bardzo rzadko i jestem gruba... Może jeszcze nie otyła, ale wyraźną nadwagę mam.
Później poszłam na kiermasz i kupiłam trochę drobiazgów, między innymi liść palmowy kombinowany z gałązkami wierzby (baziami, kotkami, czy jak to inaczej nazywają). Na 16.00 poszłam do kościoła, gdzie poświęciłam obie palmy - jedną typowo ludową, głównie z kwiatami zrobionym z bibułki, drugą - wierzbowo-palmową.
Wróciłam do domu, a wieczorem poszłam (pierwszy raz w tym roku) na basen. Przepłynęłam 30x25m, o ile nie pomyliłam się w liczeniu i wróciłam do domu. Załączyłam "History" i obejrzałam bardzo ciekawy dokument o lekarzach pracujących w szpitalu polowym na Falklandach w czasie wojny o te wyspy w roku 1982. I tu kolejna rocznica - tym razem historyczna: 2 kwietnia 1982 r. Argentyńczycy zajęli te wyspy, które nazywają "las Malvinas" (spolszczona nazwa byłaby "Malwiny") twierdząc, że należą one do nich. Od pewnego czasu historia tej wojny zaczęła mnie bardzo interesować. Była to wojna o tyle nietypowa dla XX wieku, że nie miała charakteru totalnego i jedyną stawką było terytorium. Oczywiście, ambicja była istotna, ale właściwie ani jedno, ani drugie państwo od przeciwnika nic nie chciało poza tymi dwoma wyspami na południowym Atlantyku. Żadne starcie cywilizacji, jak to w innych współczesnych wojnach widzimy. To prawda, że Wielka Brytania była państwem demokratycznym, a Argentyna miała dyktatora, ale na sam przebieg wojny to wpływu nie miało i obie strony starały się unikać rzeczy, które mogłyby źle wyglądać w oczach opinii publicznej. Słowem - wojna dżentelmeńska.
Dzięki internetowi udało mi się poznać całkiem sporą liczbę weteranów tej wojny. Z obu stron. Na ogół zresztą weterani utrzymują z weteranami strony przeciwnej stosunki poprawne, a nawet przyjacielskie, co nie ma wpływu na ich poglądy w sprawie suwerenności wysp. Mieszkańcy wysp chcą by pozostały one brytyjskie, Argentyńczycy chcą te wyspy odzyskać (powołując się na racje historyczne), tyle tylko, że w tej chwili chcą to zrobić pokojowo. Niestety Argentyńczycy (nie wszyscy, ale większość) całkowicie ignorują wolę mieszkańców. Deklarują, że pozwolą na zachowanie ich stylu życia, ale nie precyzują dokładnie na czym by to miało polegać. Na pewno nie na poszanowaniu nazw, bo już teraz niektórzy planują zmiany nazw ulic...
Przenosząc się na grunt bardziej prywatny - właśnie w tych dniach przedrocznicowych miałam dyskusję na jednym z forów argentyńskich, poświęconych tematyce wojennej. Tych dyskusji było dużo (może nawet za dużo). Kiedyś nawet zawiesili mnie na 2 tygodnie, a innym razem dostałam ostrzeżenie, że jestem o jeden post od usunięcia mnie z forum. Tym razem jednak uwag tego typu nie było i dyskusja toczyła się kulturalnie, dało się jednak wyczuć atmosferę irytacji. W prywatnej korespondencji wyjaśniono mi, że im bliżej rocznicy, tym bardziej nerwowo niektórzy reagują.
W Polsce 2 kwietnia kojarzy się z inną rocznicą: śmiercią Jana Pawła II. W tym roku rocznica siódma, ale nie obchodzona oficjalnie. Po beatyfikacji ustalono, że liturgiczne wspomnienie Bł. Jana Pawła II przypadać będzie 20 października – w dniu objęcia urzędu. Data do tej pory mało w świadomości ludzi obecna – jak już to 16 października – dzień wyboru. Z 2 kwietnia zrezygnowano, z uwagi na to, że często pokrywa się z obchodami Wielkiego Tygodnia.
Jak już była mowa o Papieżu, a wcześniej o Falklandach-Malwinach, to 30 lat temu Papież miał zaplanowaną wizytę w Wielkiej Brytanii. Wizyta nie miała charakteru państwowego, a jedynie religijny, ale i tak problem był, bo trwał konflikt o Falklandy i byłoby niezręcznie gdyby wizyta została zinterpretowana, jako poparcie dla rządu brytyjskiego. Dlaczego niezręcznie? Bo Argentyńczycy to w większości katolicy (przynajmniej wtedy tak było) i pewnie mieli swoje lobby. Odwołać wizytę też nie wchodziło w grę, bo z kolei oznaczałoby to poparcie dla rządzącej Argentyną junty oraz metody załatwiania sporów terytorialnych w drodze inwazji (Argentyńczycy nie lubią tego słowa, ale jak nazwać lądowanie wojska na terenie w najlepszym razie spornym?). Papież znalazł rozwiązanie: po wizycie w Wielkiej Brytanii odwiedził Argentynę. Nie wypowiadał się na temat sporu, mówił tylko, że powinien nastać sprawiedliwy pokój. Pokój nastał 14 czerwca, zdaniem mieszkańców Falklandów oraz Brytyjczyków był (i jest) to pokój sprawiedliwy. Argentyńczycy w większości uważają inaczej, ale to już inna historia…
Kolejna kwietniowa rocznica to druga rocznica katastrofy smoleńskiej (10 kwietnia) i 72 rocznica zbrodni katyńskiej (nie można podać dziennej daty, bo rozstrzeliwania trwały wiele dni). O katastrofie pisze się dużo, więc tu rozpisywać się nie będę. Napisałam w innym blogu, pytając czy musimy być skazani na skrajności: albo wydarzenie mało znaczące, albo przysłaniające wszystko? Odpowiedź otrzymałam jedną: „trochę musimy” – dalej było, że jest straszna nienawiść i sprawy poszły za daleko… O zbrodni katyńskiej też napisano dużo. Rosja długo się nie przyznawała, a gdy w końcu sprawa stała się ewidentna – pozostało jedynie pomniejszanie skali. Nawet nie w sensie liczby ofiar, a w tym sensie, że miała to nie być zbrodnia przemyślana, skierowana przeciw narodowi polskiemu, a jedynie część szerszych represji stalinowskich. Linia obrony, która właściwie jeszcze bardziej obciąża. Skoro kilkanaście tysięcy to drobny ułamek większej całości, to tylko gorzej.
Przejdźmy do przyjemniejszych rocznic: 21 kwietnia – urodziny królowej Elżbiety II. Oficjalnie jednak królowa obchodzi urodziny w czerwcu (jeśli dobrze pamiętam to druga sobota), bo pogoda wtedy lepsza. Za to 29 kwietnia książę William i Kate obchodzą papierową (pierwszą) rocznicę ślubu, ale podobno mają to robić prywatnie. Pamiętam, oglądałam ceremonię ślubną. Jedna rzecz mi się nie podobała: że obrączkę otrzymała tylko Kate. U nas to nie do pomyślenia. Na ceremonii zawsze są dwie obrączki, choć później można ich nie nosić. W krajach anglosaskich jest inaczej: kiedyś obrączkę dostawała tylko panna młoda, zwyczaj dwóch obrączek pojawił się później.
Rocznic smutnych i wesołych jest w kwietniu więcej. Ze smutnych to jeszcze 28 kwietnia - początek tzw. Akcji "Wisła" (65 rocznica) - wysiedlenia ludności ukraińskiej i łemkowskiej, oficjalnie w odwecie za zabójstwo generała Świerczewskiego. Typowe zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej. Akcję potępił Senat RP w 1990 roku.
Poza rocznicami to szczególne znaczenie ma data 30 kwietnia. Noc Walpurgi, wigilia święta Beltaine - oba święta związane z początkiem ciepłej pory roku. W "Kronikach Amberu" Rogera Zelaznego (drugi pięcioksiąg, tzw. "Kroniki Merlina") 30 kwietnia ma szczególne znaczenie, bo wtedy na głównego bohatera organizowano zamachy. Dalej nie piszę, bo ktoś może Kronik nie czytał, a zechce czytać. 30 kwietnia to też ostateczny termin złożenia zeznania podatkowego. I tak to podatki łączą się ze śmiercią. Bo podobno jedynie te dwie rzeczy są pewne...
Kilka dobrych miesięcy nie było mnie na blogu, co nie znaczy, że nic się nie działo. Działo się dużo, tak w wirtualu, jak i w realu.
Najpierw zimy nie było, a jak przyszła to od razu -30 stopni (no w Krakowie to -20, ale też nieźle). Teraz mrozy jednocyfrowe, ale zapowiadają, że będzie za to dużo śniegu i wiatr. Kulka jakoś mrozy znosi. Jedzenie jej zamarza, a to zamarznięte po prostu jest. Ciągle musi dostawać nowe. Ale chyba stare jej odmrożę na mikrofalówce.
W domu na szczęście ciepło. Rachunek za gaz będzie horrendalny, ale trudno.
Za chwilę (dosłownie) walentynki. Święto się przyjęło, ale przede wszystkim w sklepach i kawiarniach (chodzi o witryny i wystrój).
W każdym razie życzę atmosfery świątecznej.
Sikora modra - Parus caeruleus - zdjęcie jeszcze grudniowe.
Niedziela 21.08.2011.
Po opuszczeniu piwiarni koleżanki udały się na dyskotekę. Ja byłam trochę zmęczona, miałam sporo pakowania się, a poza tym szkoda mi było 6 euro (niby nawet to nie tyle za samą dyskotekę, bo za te 6 euro można wypić napoi, ale i tak trzeba wydać). Poszłam więc do hotelu. Później okazało się, że słusznie, bo grano techno, przy którym nie dało się tańczyć. Jedynie Ukrainka tańczyła i była zadowolona.
Pakowałam się do drugiej w nocy. Później jeszcze rano się dopakowywałam i krótko po 11.00 (oczywiście wcześniej byłam na śniadaniu) oddałam klucz i zostawiłam bagaż w pokoju do tego przeznaczonym. Wartościowe rzeczy zabrałam ze sobą.
Na 11.30 poszłam do kościoła (tego co i wcześniej). Podczas mszy ochrzczono małą Carlotę. Carlota miała pomiędzy 6 a 10 miesięcy, bo nie chodziła, ale już trzymała się prosto. Ubrana była w białą letnią sukieneczkę z czerwonym wykończeniem. Również czerwony był plastikowy łańcuszek zwisający z przedniej kieszonki, a zakończony smoczkiem. Na głowie miała białą opaskę z perełką (na czas udzielania Sakramentu opaska była zdjęta). Perełki miała też w uszach, jako kolczyki. Ojciec i ojciec chrzestny ubrani byli też na jasno (białe koszule i płócienne spodnie). Matki natomiast miały suknie bez ramion lub na ramiączkach. Ta bez ramion wyglądała lepiej, bo nie "zdobiły" jej ramiączka stanika. W tej drugiej spod ramiączek sukni wystawały te stanikowe. "Moda" na wystające ramiączka nie jest więc jedynie polska, co nie zmienia faktu, że wyglądają one źle. Tymczasem bezramiączkowe staniki są powszechnie dostępne. Są też dostępne ramiączka przezroczyste (akceptuję jako ostateczność). Inna ostateczność to rezygnacja z biustonosza (przy ciemnych luźnych sukienkach do zaakceptowania).
Wróćmy jednak do mszy. Chyba dobrze rozumiałam poprzednio, bo tym razem znów ksiądz narzekał na kłamliwe przedstawianie Światowych Dni Młodzieży. Z tego co wiem, to były protesty i niektóre media na nich się koncentrowały. Protesty nawet nie dotyczyły spraw obyczajowych czy ideologicznych, ale kosztów wizyty. Tymczasem większość kosztów ponosili sami uczestnicy. Każdy uczestnik coś konsumował, więc też nakręcał koniunkturę.
Po mszy poszłam na plażę pozbierać muszelki i kamyki. Nie szłam się kąpać, bo bałam się zostawić plecak z pieniędzmi i dokumentami na plaży. Później poszłam posiedzieć na ławce. Chłopcy grający w piłkę zapytali mnie czy wracam z gór (miałam na sobie bufiaste spodnie i plecaczek). Później ktoś przytomnie zauważył, że chyba z plaży wracam. Przyjemnie było oglądać dzieci (i nastolatki) grające w piłkę. W pewnym momencie piłka (już druga) poleciała na drzewo (duża sosna śródziemnomorska - Pinus maritimus) i zatrzymała się na gałęziach. Najstarszy z chłopców wziął trzecią piłkę i podrzucał do góry tak by trącić gałęzie i zrzucić dwie pozostałe. W pewnym momencie i ta trzecia wyklądowała wśród gałązek. Moment grozy, ale jednak spadła. Kolejny rzut i udało się strącić jedną z piłek tkwiąch na drzewie. Druga już została... Pewnie w końcu strąci ją mocniejszy wiatr, który wieje tu dość często, co łagodzi upał.
Takie oto kwiatki można obejrzeć. Nie wiem nawet jak się nazywają.
To natomiast bugenwilia (Bougainvillea). Nazwa pochodzi od słynnego francuskiego podróżnika. Jego żona była pierwszą kobietą, która opłynęła świat. Roślina natomiast pochodzi z Brazylii.
Sobota 20. 08. 2011.
O 11.30 wycieczka statkiem (jedyne 19 euro). Rejs trwa ok. 2 godzin. Cudownie się płynęło. W pewnym momencie statek się zatrzymuje i pasażerowie (czyli my) mają okazję do kąpieli. Można pożyczyć płetwy, maski z rurką, okulary, a także takie "kiełbaski" do pływania. Nie wiem jak one się fachowo nazywają. Nie polecam jednak "kiełbasek" komuś kto nie umie pływać. Mogą być zwodnicze. Głębokość 4 m, co oznacza, że muszę zdjąć szkła korekcyjne, bo jak spadną to nie zanurkuję. Nurkować nie umiem. Pływać natomiast pływam. Może nie najlepiej, ale w wodzie czuję się pewnie. Kapitan cały czas pilnował by pasażerowie nie odpływali za daleko (na mnie zagwizdał raz).
O 15.00 spotykam się z koleżanką i jedziemy do Palmy. W wąskich uliczkach nawet można wytrzymać. Nie ma upału. Wchodzimy do Kościoła św. Eulalii. Oglądamy siedząc w ostatnich ławkach, bo jest ślub i nie wypada przeszkadzać. Idziemy do Katedry (po drodze oglądając sklepy). Katedra olbrzymia, imponująca. Też ślub (nic dziwnego, sobotnie popołudnie). Możemy więc zobaczyć wnętrze jedynie przez otwarte drzwi.
Idziemy dalej oglądać pałac zbudowany w czasach gdy rządzili tu Arabowie (nazwy pałacu nie pamiętam, ale jak sprawdzę to dopiszę). Piękne fontanny i dwa łabędzie. Niestety od znajowego dowiaduję się później, że miejsce to cieszy się niezbyt dobrą sławą. Podoba się nie tylko osobom szukających wrażeń wzrokowych, ale też miłośnikom odmiennych stanów świadomości, osiąganych przy pomocy środków zwanych narkotykami...
My jednak spotkałyśmy tylko normalnych turystów. Widziałyśmy ciekawe pomniki poświęcone artystom. Każdy z pomników miał formę stylizowaną na dzieło danego artysty.
Wróciłyśmy dość późno. Jak zwykle podeszłam na recepcję i poprosiłam klucz. Na to recepcjonista tonem pouczającym mówi:
- Don't you see that I am talking to the ladies?
Faktycznie objaśniał coś dwóm dziewczynom, ale klucz recepcjonista powinien wydawać automatycznie. Recepcjonista bez podzielnej uwagi nie nadaje się do tego zawodu. A jeśli nawet miał jakiś gorszy dzień i z trudem mógł zrozumieć czego od niego chcą (nic na to nie wskazywało) to w żadnym wypadku nie powinien pouczać gości. Tymczasem koleżanka czekała przy windzie (miała klucz ze sobą). Mówię do niej, żeby jechała sama, bo szans na dostanie klucza nie mam. Recepcjonista pewnie po polsku nie rozumiał, ale klucz dał i pojechałyśmy razem. Sprawa jednak nie dawała mi spokoju. Przedtem recepcjonista zachowywał się normalnie, gdy go o coś pytałam to faktycznie wyjaśniał. Może woli wyjaśniać niż wydawać klucze. Na wszelki wypadek na naszą nocną wyprawę do baru zabrałam klucz ze sobą (choć już recepcjonista był inny).
Poszłyśmy w czwórkę. Oprócz nas dwóch jeszcze dwie inne osoby - Polka i Ukrainka. Ukrainka zaprowadziła nas do piwiarni urządzonej w stylu niemieckim i z myślą o niemieckich turystach. Można obejrzeć jako taką ciekawostkę. Nie całkiem jednak rozumiem niemieckich turystów. Ja jak jadę zagranicę chcę widzieć coś innego niż u siebie. Pewnie, nie rezygnuję z niektórych przyzwyczajeń (np. zawsze muszę mieć gorzką herbatę), ale muzykę wolę miejscową. W każdym razie nie podobało mi się natężenie hałasu, bo same piosenki nie najgorsze, choć trzeba ten styl lubić.
W każdym razie muzyka grała tylko do północy. Takie tu prawo na Majorce. Po północy działają jedynie dyskoteki.
Siedzę teraz na ławce, nie, nie nad morzem, w parku miejskim. Ocienia mnie pergola z bugenwilii, ale i tak byłoby gorąco gdyby nie lekki wiatr.
Piątek 18.08.2011.
Trochę po północy wróciłam do pokoju. W windzie spojrzałam w lustro - dobra wiadomość - braku zęba nie rzuca się w oczy. Byle tylko nie uśmiechać się od ucha do ucha. Od dawna już mam wytrenowany uśmiech z zamkniętymi ustami. Przy mówieniu nie widać, jeśli ktoś się nie wpatruje. Niestety rano zła wiadomość - drugi ząb też został naruszony i jego wypadnięcie może być kwestią czasu. A jego brak byłby już bardzo widoczny. Muszę jeść drugą stroną.
Śniadanie musi być szybkie, bo o 8.30 wyjeżdżamy zwiedzać jaskinie. Najpierw jednak zwiedzamy centrum wyrobu sztucznych pereł. Te sztuczne perły są równie drogie jak prawdziwe (tj. hodowlane). Czasem nawet droższe. Jest to specjalność Majorki. Oprawia się je w szlachetne metale. Kupiłam 2małe wisiorki.
Jaskinie odkryto pod koniec XIX w. Zwiedzać można 5 ciągów, a na wyspie jest ich ok. 200. Zwiedzamy Cuevas Drach, czyli Jaskinie Smocze. W środku nie wolno fotografować. Przyczyną zakazu jest chciwość w czystej postaci. Być może zakaz używania flesza byłby uzasadniony, jeśli już ktoś obawiałby się, formy naciekowe wyblakną, ale całkowity zakaz fotografowania spowodowany jest obawą o spadek zainteresowania zakupem zdjęć. Turyści zresztą nie za bardzo zakazem się przejmują. Co chwila błyskają flesze, a przewodnik jedynie upomina, że nie wolno robić zdjęć i na tym się kończy. Zrobiłam kilka zdjęć i nie kupiłam żadnych pocztówek. Gdyby zakazu nie było pewnie bym jakieś pocztówki kupiła...
Pod koniec wycieczki zatrzymujemy się na godzinę w Porto Cristo. Pozbierałam na plaży trochę kamyków i poszłam zjeść. Jadłam szybko i chyba żle to wpłynęło na moje jelita, bo bolał mnie brzuch. Bolał co prawda trochę od rana (wypity w nocy koktail kokosowy i jedzenie śniadania w pośpiechu nie pomogły). Chyba 2 godziny leżałam na łóżku hotelowym by wreszcie się zwlec i pójść na plażę. Kąpiel mi chyba pomogła, choć oficjalnie nikomu nie polecam kąpać się gdy boli brzuch.
Taka ciekawostka plażowa: widziałam na plaży człowieka z wytatuowanym na plecach słoneczkiem. Takim jak w herbie Argentyny. Przewodniczka opowiadała o wiatrakach zbudowanych w XIX w., a służących do nawadniania. Teraz wiele tychy wiatraków jest zniszczonych, a specjaliści od ich naprawy sprowadzani są z Argentyny, bo tam takie wiatraki używane są do tej pory. Nie czułam się jednak na siłach zapytać o to człowieka ze słoneczkiem. Nie miałam też okazji pochwalić się znajomościami wirtualnymi z Argentyńczykami. Moje znajomości wirtualne to bardzo interesujące sprawy, ale po pierwsze chyba tylko mnie interesują, a po drugie może moi znajomi nie chcieliby by o nich opowiadać.
Przy kolacji spotkałam natomiast osobę realną (Polkę, która przyleciała tym samym samolotem co ja) i umówiłyśmy się na zwiedzanie Palma de Mallorca.
Wtorek 16.08.2011
Właściwie do opowiadania niewiele. Pojechałam odwiedzić swojego wirtualnego znajomego, który prowadzi restaurację-bar na plaży. Plaża inna niż w Arenal, bo kamienista. Poznałam też żonę znajomego, jego syna i dwie pracownice oraz chłopaków tych pracownic. Czas spędziłam kąpiąc się i pijąc lemoniadę (2 szklanki, właściwie to była mineralna, ale podawana z cytryną), wino białe (3 kieliszki) i sangrię (2 kieliszki). 5 kieliszków alkoholu w ciągu 6 godzin. Czułam pulsowanie w głowie, ale u mnie tak już jest. Do tego 2 kieliszki wystarczą. Pijana jednak nie byłam. W każdym razie do hotelu wróciłam bezpiecznie, a jechałam z przesiadkami.
Środa 17.08.2011
Pojechałam do Marinelandu. Warto zobaczyć. Delfiny (pokaz tresury), uchatki, inaczej lwy morskie (też piękny pokaz), a poza tym wiele zwierząt morskich i słodkowodnych. Piękne pingwiny Humbolta, żółwie, a także rekiny i płaszczki. Są też zwierzęta lądowe, np. legwany i węże (boa i pytony, w tym pytony skalne – albinosy – bez barwnika czarnego, jedynie z żółtym. Spędziłam tam chyba koło czterech godzin. Aha – byłabym zapomniała – papugi – również pokaz tresury. Treserki wystylizowane na piratki, oczywiście dość skąpo odziane, prawdziwe piratki (kobiety też czasem trudniły się tym procederem) chyba nosiły po prostu stroje męskie, ale też raczej nie były specjalnie atrakcyjne.
Po obejrzeniu Marinelandu pojechałam znów odwiedzić znajomego (już w tej chwili) niewirtualnego i jego pracownicę, która jest Polką. Tym razem piłam jedynie napoje bezalkoholowe, w tym herbatę. Pierwsza porządna herbata. Wszystkim innym herbatom czegoś brakuje. Znajomy jest Anglikiem, więc sprowadza angielską herbatę.
Później poszłam się kąpać morze było wzburzone, a ja zostawiłam ręcznik i buty tuż przy brzegu. I oczywiście je oblało. Na szczęście ktoś przeniósł je wyżej i uratował przed spłukaniem.
Wróciłam na kolację. Po kolacji już nie miałam na nic siły i poszłam spać.
Czwartek – 18.08.2011
Wstałam ok. 7.30. Zjadłam śniadanie, ale wczorajsza późna kolacja dała znać o sobie i czułam się nie najlepiej. Jednak nie na tyle źle by odmówić sobie wyjazdu do Akwarium. Akwarium reklamowane jako najlepsze w Europie, ale trudno powiedzieć czy tak jest. Widziałam trochę akwariów. Faktycznie to jest jedno z większych. Na pewno imponują akwaria, gdzie można ryby oglądać od spodu. W Brukseli mają coś podobnego, ale mniejsze. Z kolei w Brukseli maja też elementy terrarystyczne, a tu jedyne gady to żółwie Careta. Za to duża rozmaitość. Pięknie zrobiona część dżungli – oprócz ryb – roślinność tropikalna.
O 14.00 wycieczka do miejscowości, która po kastylijsku (czyli po hiszpańsku) nazywa się Valdemosa, a po katalońsku Valldemossa. Różnica w wymowie jest taka, że tą pierwszą nazwę wymawia się „waldemosa”, a tę drugą „wajdemosa”. Wycieczka była z polską przewodniczką, jednakże na miejscu musiała być przewodniczka miejscowa. Takie są przepisy w ramach rozszerzania przywilejów zawodowych. Teraz każdy mógłby coś poczytać i zacząć oprowadzać i licencjonowani przewodnicy znacząco zmniejszyliby swoje zarobki. By temu zapobiec wymyślono sztuczne bariery. Tak jak w średniowieczu – prawo wykonywania zawodu miało się gdy się było członkiem cechu, jeśli nie – było się tzw. „partaczem”, ogólnie tępionym. Dziś Europa wraca do średniowiecza. Tak jest w Hiszpanii, tak jest też u nas. Dostaliśmy więc miejscową przewodniczkę. Była Słowaczką. Trochę znała polski, ale nie tyle by objaśniać. Ponieważ tłumaczenie przedłużyłoby sprawę, zaproponowała by to nasza przewodniczka objaśniała. Cześć i chwała jej za to. Poza tym Słowaczka pełniła bardzo praktyczną rolę: łatwo było ją zauważyć: wysoka, ubrana w turkusową sukienkę, skąpą, przeświecającą (widać było kolczyk w pępku), łatwo wpadała w oko i od razu było wiadomo gdzie jest nasza grupa.
Valldemossa to miejscowość, gdzie dwa zimowe miesiące spędzili George Sand i Chopin. Para ta niespecjalnie podobała się okolicznym mieszkańcom i vice versa. Przynajmniej wiemy, że George Sand odwzajemniała niechęć pisząc książkę „Zima na Majorce”. Gdy książkę na angielski tłumaczył Graves, nie powstrzymał się od dodawania odsyłaczy ze sprostowaniami.
Wróciłam do hotelu i jeszcze zdążyłam się przed kolacją wykąpać w basenie. Zjadłam kolację, przy kolacji rozmawiałam z pewną Niemką, która przyjechała odwiedzić córkę. Teraz siedzę przy basenie i piszę. Po skończeniu pisania poszłam trochę potańczyć. Teraz muszę iść spać, bo jutro wycieczka jest rano.
Na koniec niemiła przygoda: usiłowałam otworzyć paczkę migdałów i złamałam zęba. A paczki i tak nie udało się otworzyć
Zawsze obiecuję sobie, że będę pisać dzienniki z podróży, ale później niewiele z tego wychodzi. Kiedyś gdy żyła Mama pisywałam jeśli nie podróżowałyśmy razem. Teraz to nie do końca wiem kogo mój dziennik mógłby zainteresować, ale ponieważ Internet przegląda dużo osób, zawsze może trafić się ktoś kogo zainteresują przynajmniej fragmenty.
Niedziela 14.08.2011.
Wstałam ok. 5.15 i wzięłam taksówkę na dworzec (busik do Pyrzowic, skąd odlatywał samolot). Gdy taksówkarz dowiedział się dokąd jadę - żałował (żartem rzecz jasna), że szkoda, że nie zaspałam i nie zamówiłam kursu do Pyrzowic.
Samolot odleciał z lekkim opóźnieniem. Miałam miejsce przy oknie, więc mogłam podziwiać piękne widoki. W tej chwili mam jakieś problemy z wstawianiem obrazków, ale chyba przejściowe.
Po wylądowaniu czekaliśmy dość długo na bagaże, ale w końcu się doczekaliśmy, a moja walizka była jedną z piewszych. Następnie autobusem do Arenal. Przywitała nas pilotka rezydentka, która stwierdziłam, że grupy z Katowic są zwykle miłe, natomiast z Warszawy nie. Niedawno pożegnała grupę, która narzekała, że kierowca przyjechał na lotnisko 10 minut przed wyznaczonym czasem i trzeba było czekać. No cóż, moja Babcia miała zwyczaj mówić o takich "wszystko im źle...". Nie powiem, lubię czasem ponarzekać, ale bez przesady...
W hotelu mogłabym ponarzekać na brak klimatyzacji, ale sama wybrałam dwugwiazdkowy, a nie trzygwiazdkowy. Z początku mogłabym ponarzekać na brak gorącej wody, nie żeby była potrzebna do mycia się, bo w tym upale letnia jest bardzo przyjemna, ale nie mogłam zastosować swojego sposoby "prasowania". Puszcza się prysznic tak, aby pojawiła się para, a ubranie wiesza na wieszaku. Po takim zabiegu wygląda jak świeżo spod żelazka. Zamiast tego skropiłam po prostu wodą.
Ponieważ była niedziela, poszłam do kościoła. Kościół był chyba stary, ale dobudowano nową część i ona teraz dominuje. W ołtarzu postać Chrystusa Zmartwychwstałego, ale na tle krzyża. Rzeźba nowoczesna, ale postać Madonny z Dzieciątkiem (inna rzeźba, po lewej stronie ołtarza) wygląda na starą. Trochę rozumiałam po hiszpańsku. W kazaniu ksiądz nawiązywał do Światowych Dni Młodzieży (w Barcelonie) i (jeśli dobrze zrozumiałam) narzekał na media, które słabo relacjonują to wydarzenie. Parę osobliwości rzuciło mi się w oczy (lub uszy). Po pierwsze: przed mszą odmawiano litanię (to normalne), a zamiast osoby prowadzącej modlitwę był głos z odtwarzacza. Druga sprawa to brak klęczników, bo nie ma zwyczaju klękać, a trzecia to fakt, że dużo pań miało wachlarze i wachlowało się nimi. No i jeszcze trzecia: w czasie Podniesienia zadzwoniła komórka. To już dziwne nie jest. Mnie się też zdarzyło kiedyś, że w kościele zadzwonił alarm. Komórkę miałam wyłączoną, ale alarm dzwonił też przy wyłączonej (o czym nie wiedziałam).
Wróciłam do hotelu na kolację. Szwedzki stół, bardzo dobre rzeczy. Można jeść ile się chce, nie można tylko zabierać ze sobą, o czym informują napisy w języku hiszpańskim, francuskim, angielskim i niemieckim.
Po kolacji spacer po mieście (z wypiciem zielonej herbaty) i powrót. Przed północą zajrzałam na Facebook i uczestniczyłam w piciu toastu "Na pohybel Bolszewikom" (bo przecież to już 15 Sierpnia). Wyglądało to tak, że kupiłam sangrię i piłam ją siedząc nad basenem. O fakcie picia poinformowałam facebookowych znajomych.
Poniedziałek - 15.08.
Śniadanie - szwedzki stół. Wybrałam herbatę, płatki różnej maści, rogalik i dwie kromki chleba z żółtym serem.
Na 10.00 poszłam do kościoła (tu też jest święto, oczywiście jedynie religijne). Wróciłam do hotelu, zostawiłam zbędne rzeczy (pieniądze, aparat itp.) i poszłam na plażę. Plaża taka sobie. Piasek, woda ciepła, ale nie szczególnie czysta. Nad plażą powiewa zielona flaga, co zapewne oznacza to, co u nas biała, czyli KĄPIEL DOZWOLONA. Przy okazji prośby o przypilnowanie ubrania (nie było rzeczy cennych, ale nie chciałabym wracać w kostiumie kąpielowym) poznałam małżeństwo z San Sebastian (Kraj Basków). Byłam tam krótko w 1990 roku.
O 13.20 zebranie w sprawie naszego pobytu. Wykupiłam 2 wycieczki i 2 bilety indywidualne. Jeden do delfinarium, gdzie trzeba się dostać przesiadając się z autobusu na autobus. Uprzedzano mnie o tym takim tonem, jakbym miała conajmniej... No nie wiem co...
Ponieważ obiadów nie zamawiałam, zjadłam trochę chleba chrupkiego, a potem poszłam na lody. Później poszukałam lokalu, gdzie można było wypić herbatę. Zapytano mnie czy z mlekiem czy cytryną. Powiedziałam, że z mlekiem. Gdy przyniesiono dzbaneczek i filiżankę, nalałam mleka do filiżanki i zaczęłam lać herbatę. Była podejrzenie jasna - sprawdziłam i okazało się, że ZIELONA! Przestałam lać. Wypiłam tę odrobinę, a resztę piłam bez mleka. Przy okazji obserwowałam scenki rodzajowe. Przy sąsiednim stoliku siedziały 3 panie i 1 pan oraz jedna "pani" nie należąca do gatunku ludzkiego, lecz gatunku Canis familiaris. Ściślej ta ostatnia siedziała pod stolikiem i sczekała, co niezbyt podobało się kelnerowi (może właścicielowi lokalu?). Nie rozumiałam wiele, ale było głośne przekomarzanie się, a w pewnym momencie kelner dostał od właścicielki suczki wachlarzem. Wszysko jednak było na wesoło. Panie śpiewały przyśpiewki. Czułam się jak w środku filmu.
Wróciłam do hotelu i poszłam się kąpać w basenie. Dawno tak świetnie się nie bawiłam. W basenie oprócz mnie były dwie Niemki - matka i córka (lat na oko 10). Bawiłyśmy się rzucając piłeczkę, ale cały czas na głębokiej wodzie, więc trochę wysiłku to wymagało. Czułam się młodsza o 20 lat (może nawet 30 lub więcej).
Później kolacja i Internet...
Dziś (teraz to już wczoraj) był dziwny dzień, coć niby zwykły. Rano telefon of kolegi, że się rozchorował i nie będzie mógł się zająć praktykantami (mam dwójkę). Ponieważ ja też nie mogłam - dałam im dzień wolny. Wczoraj pracowaliśmy dłużej, jutro też popracujemy dłużej, więc nic się nie stało.
W południe rozmowa z Kierownikiem Zakładu w sprawie mojej habilitacji. Dużo pomysłów padło, chyba już wiem jak "zeszyć tę sukienkę" (to moja metafora, bo stan pracy jest taki, że przypomina wykroje do sukienki, wszystko jest, ale brakuje wykończenia).
Popołudnie dostarczyło szeregu pozytywnych i negatywnych doświadczeń konsumenckich. Najpierw jako konsument poszłam naprawić buty. Teraz wymyślili takie niby rzymskie sandałki z paseczkami, ale żeby było wygodniej w tyle jest zamek błyskawiczny. Zamek zepsuł się po miesiącu czy dwóch. Teoretycznie mogłabym reklamować, ale musiałabym jechać do Cieszyna, bo tam kupiłam sandały. Postanowiłam więc dać do szewca by zeszył na głucho. Zaproponował zeszycie drugiego sandała w ten sam sposób, bo przewiduje, że wkrótce podzieli los pierwszego. Tak też zrobiłam.
Później poszłam do biura podróży. Była minuta po czasie, ale mnie przyjęli. Oferta atrakcyjna, ale jeszcze się muszę zastanowić.
Ponieważ pogoda była ładna - siadłam na ławce i robiłam recenzję pracy magisterskiej. Później postanowiłam napić się czegoś. Po drodze chciałam wejść do sklepu "ELEFANT" - na Podwalu. Było za pięć siódma (zamykają o siódmej). Drogę zagrodziła mi pracownica sklepu: tęga, niska dziewczyna o pucołowatej buzi i czarnych oczach. Powiedziała, że zamknięte i pokazała zegarek (dwie po siódmej). Ja na to pokazałam swój, który wskazywał za cztery siódma. Ona twierdzi, że źle idzie, ja na to wyciągam komórkę, która pokazuje za trzy siódma. Inni też chcą wejść. Też ich nie puszcza. Sugeruje, że jutro mogę pójść poskarżyć się kierownikowi. Ja za to pytam o nazwisko (to znaczy pracownicy, nie kierownika). Pracownica nie podaje mi nazwiska. Ja na to, że ma dość charakterystyczny wygląd i jak ją opiszę to będzie wiedział o kim mowa. Później przyszedł jeszcze ochroniarz i też twierdził, że pracownicy już skończyli pracę i wejść nie można. Na moje powtórne groźby, że pójdę do kierownika ekspedientka uśmiechała się ironiczne. Chyba jest w dobrych stosunkach z szefem, bo do jego córki zwracała się przez "ty". Czuła się bardzo pewnie. Może szef ma duży utarg i jeden klient więcej jeden mniej różnicy mu nie robi. Ale niech wtedy napisze, że sklep jest czynny do 18:55, a nie do 19:00.
Poszłam zniesmaczona i obrażona na sklep, który kiedyś lubiłam. Ale obejdzie się. Nie muszę tam kupować. Poszłam do kawiarni i kontynuowałam robienie recenzji. Wróciłam do domu. Zajrzałam na swoje ulubione strony (między innymi moje ostatnie hobby - www.zona.militar.ar), ale nic specjalnego nie było. Spojrzałam na swoją pocztę, a tam ZAWIADOMIENIE O PRZETRZYMANIU KSIĄŻKI. Tak książka zginęła. Szukałam jej jeszcze w marcu przed pójściem do szpitala (o szpitalu nie pisałam, a może warto by było, ale to już zakrawałoby na exhibicjonizm - dość napisać, że teraz czuję się dobrze, operacja się udała, pacjent był cały czas przytomny i przeżył ;)). Ale wtedy byłam w nastroju ostatecznym. Bałam się niewybudzenia z narkozy (taki po prostu lęk, jedni się boją węży, inni pająków, a ja się boję, że się niewybudzę z narkozy, ostatecznie narkozy nie było, było znieczulenie zewnątrzoponowe, za co jestem bardzo wdzięczna Pani Anestezjolog). Wracając do książek: wszystkie zaniosłam do pracy, tak aby gdyby coś złego mi się przytrafiło koleżanka mogła je oddać. Wszystkie poza jedną, której nie znalazłam. Teraz przyszedł termin oddania tej książki. Poszukałam w paru miejscach, ale nie było. Sądziłam, że ją komuś pożyczyłam, ale nie wiedziałam komu. Wstępnie próbowałam się dowiedzieć ile wynosi opłata za zgubienie książki, ale odesłano mnie do kierownika.
I NAGLE przyszedł mi pomysł przyrzenia się stosikowi książek i papierów koło komputera. Widzę jakby etykietkę z biblioteki. TAK!!! JEST!!! TA KSIĄŻKA. Jak mogłam ją przeoczyć wcześniej - nie wiem, ale najważniejsze, że jest. Z tej radości nawet gotowa jestem wybaczyć (choć nie zapomnieć) ekspedientce. Nie napiszę do dyrektora. Poprzestanę na tym wpisie w blogu...
Blog wyraźnie został zaniedbany. Nie dlatego, że nic się nie działo, bo działo się dużo rzeczy. Inna sprawa czy rzeczy te nadają się do opisywania ;)
Dziś Zielone Świątki. Święto Zesłania Ducha Świętego. Święto mało obecne w świadomości ludzi, bo wypada zawsze w niedzielę, więc po prostu zwykła niedziela i już. Sklepy jednak (nawet te otwarte w niedzielę) są jednak zamknięte.
Pamiętam, że kiedyś był zwyczaj ozdabiania zielonymi gałązkami drzwi. Był też zwyczaj smażenia jajecznicy na wolnym powietrzu. Za jajecznicą nie przepadam, ale czasem zjem. Dzisiejsze święto spędziłam samotnie. No, może nie całkiem, bo do drugiej nad ranem imprezowałam na urodzinach kolegi. Było dużo dobrego jedzenia i dobrego wina. Upić się nie upiłam, ale oczywiście wracałam taksówką (he he he - zabrzmiało tak jakbym próbowała "przemycać" treści dydaktyczne, nie nie taka jest moja intencja ;), po prostu piszę jak było). Wróciłam do domu i poszłam spać.
Wstałam dopiero ok. 11.00. Pogodę mamy ładną. Jest dość sucho. Wczoraj posadziłam przed oknami paprocie. Wczoeaj i dziś późnym popołudniem je podlałam, ale część się nie przyjęła. Może kilka się przyjmie. Chyba 2-tygodnie temu zaorano teren pod ogródek. Nie pisałam o tym, ale w kamienicy robiono remont, co wiązało się ze zniszczeniem ogródka. Ocalał jedynie duży kasztanowiec (między innym ja przyczyniłam się do tego, uświadamiając inwestora, że drzewa można jedynie wycinać gdy stanowią zagrożenie, a to zaś trzeba udowodnić). Ocalały róże, ale dlatego, że w porę je przeniosłam do innego ogródka. Rosną teraz lepiej niż na starym miejscu. Tulipany też przenosiłam, ale się nie przyjęły. Pod kasztanowcem jest cień, więc muszę sadzić rośliny cieniolubne.
Na działce większość pozarastała. Wraz ze znajomymi pomału jednak porządkujemy (oni więcej niż ja, bo ja najpierw chorowałam, a później miałam dużo pracy).
To ta ładniejsza część działki...
Dziś przypada średniookrągła rocznica wybuchu powstania listopadowego. Właśnie 29 na 30 listopada 1830 roku, czyli 180 lat temu. Rocznica zwykle zapominana. W Krakowie jest Aleja 29 Listopada. Większość pewnie nie wie dlaczego tak się nazywa. W skrócie mówią "29 Ulica". Swoją ścieżką czemu ktoś nie nazwał jej normalnie: Powstania Listopadowego - wtedy byłoby wszystko jasne. O samym powstaniu pisać nie będę, bo inni napisali już sporo. Można przeczytać w Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_listopadowe Jak wiemy powstanie zakończyło się klęską, choć podobno miało szanse. Większość powstań tak się skończyła, co nie znaczy, że były bezużyteczne (choć niektórzy tak twierdzą).
Użyteczność to rzecz względna. Pamiętam jak w roku 1996 pojechałyśmy z Mamą na wczasy do Hiszpanii (właściwie to Katalonii). Wczasy były tanie, ale warunki też stosowne do taniości wczasów. Zakwaterowanie w domku bungalowym wraz z dwójką innych osób. Te inne osoby to babcia z 12-letnim wnukiem. Byli z Poznania. Moja Mama - miłośniczka historii zaraz zwróciła uwagę, że wielkopolanie mogą być dumni, bo udało im się zorganizować jedyne w dziejach w pełni wygrane powstanie. Wnuczek nie wiedział dobrze o co chodziło, więc wytłumaczyłam mu, że w wyniku powstania wielkopolska została przyłączona do Polski. Chłopak odparł:
- To szkoda, bo lepiej żeby była niemiecka.
Nie pamiętam czy jakoś to skomentowałyśmy czy nie.
Oj! Nostalgicznie się zrobiło. Przyponiałam sobie moje 34 urodziny spędzone głównie w ZOO w Barcelonie. Widziałam nieżyjącego już dziś Copito de Nieve czy też (po katalońsku) Floquet de Neu http://en.wikipedia.org/wiki/Snowflake_%28gorilla%29 , co się tłumaczy jako Płatek Śniegu. Był to jedyny w świecie goryl-albinos. Do dziś żyje jego potomstwo, ale żadne z jego dzieci czy wnuków nie jest biała. Może to i dobrze, bo goryl ten cierpiał na raka skóry, co było przyczną jego śmierci.
Jak juz o płatkach śniegu mowa, to wczorajszej nocy spadło ich dużo. Zima zaskoczyła drogowców (zaskoczyłaby pewnie i w styczniu). Jeszcze parę dni temu było dość ciepło. Jeszcze poprzedniego dnia chodziłam w czułenkach. Dziś ubrałam ciepłe kozaczki.



















To zdjęcie pochodzi z jubileuszowego występu Zespołu Pieśni i Tańca "Słowianki". O Zespole napiszę kiedyś przy okazji więcej. Zespół założył mój, nieżyjący już, Ojciec. Było to 50 lat temu. Właściwie niemal równo 50, bo pierwszy koncert odbył się na początku grudnia 1959 r. Mnie wtedy jeszcze na świecie nie było. Repertuar zespołu to pieśni narodów słowiańskich. Widocznie na zdjęciu to stroje ze Śląska Cieszyńskiego.


piątek, 18 maja 2012
Licznik odwiedzin: 11 311 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||

Mój pseudonim pochodzi z cyklu powieściowego Rogera Zelaznego "Kroniki Amberu". Jasra jest "czarnym charakterem", ale czasem można się z nią dogadać. Trudno powiedzieć czy jest do mnie podobna. Zewnętrznie chyba nie bardzo, bo ma rude włosy, a ja mam brązowe i podobno w rudych mi nie do twarzy. W cyberprzestrzeni występuję jako Dis (to krasnoludka) lub Aleksandra (ewentualnie zdrobniale - Ola - to moje prawdziwe imię).
To jest mój blog prywatny, ale mam zamiar pisać też o sprawach interesujących innych ludzi. Dużo miejsca w blogu zajmują zdjęcia, które z początku umieszczałam we wpisach, a od jakiegoś czasu utworzył...
więcej...To jest mój blog prywatny, ale mam zamiar pisać też o sprawach interesujących innych ludzi. Dużo miejsca w blogu zajmują zdjęcia, które z początku umieszczałam we wpisach, a od jakiegoś czasu utworzyłam galerie. Galerii będzie przybywać
schowaj...Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: